ROZDZIAŁ ÓSMY w którym Jacek i Placek nie mog± wyj¶ć zdumienia, ale wchodz± do nieznanego miasta Wszyscy się na nas zawzięli! - mówił Jacek - chc± nas zgubić i zamordować! - To chyba dlatego, że nikomu nie uczynili¶my nic złego - odrzekł Placek. - Może gdyby¶my byli Ľli i zło¶liwi, wszyscy by się nas bali. - Jeste¶my biedne i opuszczone sieroty - żalił się Jacek. - I znowu musimy wędrować na głodno. Bodaj pchły zjadły tego niedĽwiedzia: omal mi ko¶ci nie pogruchotał, tak że i¶ć nie mogę. Wstyd i hańba, żeby taki ogromny bęcwał rzucał się na dwoje niewinnych dzieci. - A to wszystko przez starego człowieka, bo nikt inny, tylko on namówił tego głupiego niedĽwiedzia, aby nas pobił. Cóż mu to szkodziło nocować na polu, a nam pozwolić mieszkać w szałasie? Zły to musi być człowiek i bez serca. Ale dok±d my idziemy, Placku? - Czy ja wiem? Nigdzie ani drogi, ani ¶cieżki. Bardzo zgłodniali, pożywili się opadł± z dębów żołędzia i gar¶ci± jagód, kwaskowatych i niesmacznych. Tymczasem zaczęło szarzeć. - Nie podoba mi się ta okolica - rzekł Jacek - pusto tu i niemiło. Wolałbym zreszt± pój¶ć dalej, bo jeste¶my jeszcze zbyt blisko tego niedĽwiedzia, a nie wiadomo, czy nie zechcę nas ¶cigać. Widzę daleko st±d jakie¶ lasy i wody, trzeba będzie tam doj¶ć i znaleĽć na noc posłanie. - Nie wiem, czy dojdę - biadał Placek - to co¶ bardzo daleko. - I ja też ledwie poruszam nogami, ale nie ma rady, w lesie zawsze lepiej. - ChodĽmy! - stękn±ł Placek. - ChodĽmy! - westchn±ł Jacek. Szli w milczeniu, niespokojnie spozieraj±c na boki, bo ciemno¶ć zapadała coraz gęstsza i coraz bardziej wilgotna: zdawało się, jakby kto¶ wywrócił ponad nimi olbrzymi± kadĽ czarnego atramentu. Nie było widać żadnej gwiazdy ani nie było księżyca, choć wczoraj jeszcze pysznił się swoim srebrnym kręgiem. Niebo musiało być zawalone chmurami. - Daleko jeszcze do tego lasu? - pytał Placek. - Już nic nie widać - odrzekł Jacek - ale zdaje mi się, że las jeszcze daleko. - W takim razie jest to głupi las! - Czemu głupi? Czy widziałe¶ kiedy m±dry las? - M±dry, niem±dry, ale widziałem taki, co sam chodzi. Mógłby ten las, do którego idziemy, podej¶ć ku nam. - Z tamtym lasem to była jaka¶ nieczysta sprawa i czarodziejska sztuka. Czego wyjesz? - To nie ja zawyłem - odrzekł niespokojnym głosem Placek - my¶lałem, że to ty... - Ja też nie. Słuchaj! Daleko, z lewej strony, co¶ zawyło głucho i przeci±gle. - Co to może być? - Nie wiem! To s± jakie¶ diabelskie wycia. Uciekajmy na prawo! Zmienili kierunek i pobiegli na prawo. Stamt±d jednak dobiegł ich po chwili straszny, głęboki bek. - Kto¶ nas ¶ciga! - mówił gor±czkowym szeptem Jacek. - Nie widzę cię, gdzie jeste¶? - Ani ja nie widzę ciebie - odpowiedział strwożonym głosem Placek. - Podaj mi rękę. Boję się! - I ja się boję! Tak, dobrze, trzymajmy się za ręce... - ChodĽmy! Co¶ wyje z lewej strony i co¶ beczy z prawej, ale przed nami wolna droga. - A za nami? - Za nami? Przystańmy, trzeba zobaczyć. Obejrzeli się i zdrętwieli: poza nimi patrzyły z ciemno¶ci ogromne, zielone ¶lepia. - Uciekajmy! - krzykn±ł Jacek. Zaczęli gonić po bezdrożach, przez jakie¶ puste pola. Wci±ż słychać było wycia i beki, a ile razy obejrzeli się poza siebie, widzieli te tajemnicze ¶lepia. Duch już w nich zamierał, kiedy nagle ujrzeli przed sob± na jakiej¶ wyniosło¶ci łunę ogniska. Odetchnęli na widok żywego ognia; sił im przybyło, więc jak pływak, co pruje zawzięcie czarne wody, tak oni płynęli przez tę noc czarn± i ciemn±, pełn± złych głosów, szumów, dzwonień, westchnień i beków. Ogień płon±ł coraz jaskrawiej jak purpurowy kwiat, co coraz pełniej rozkwita. Wiatr chwiał nim na wszystkie strony, jakby chciał z korzeniem wyrwać ten krzew ognisty. Blask ognia był silny i barwił szerok± przestrzeń. W pewnej chwili zdawało się chłopcom, że biegn± w±sk± ¶cieżyn±, a po jej stronach plami się jakie¶ czarne bagno i jaka¶ topiel wod± połyskuj±ca. Gdyby nie ten blask, co naprzeciw nich wybiegł, i gdyby nie ta krwawa latarnia ognia, byliby weszli na zdradzieckie trzęsawiska. W jej zbawczym rozbłysku widzieli jednak coraz wyraĽniej jak gdyby groblę, lekko. wznosz±c± się ku górze, ku ogniowi. Kiedy już byli blisko niego, ujrzeli zarys jakiej¶ niewielkiej postaci, co jedn± rękę podniósłszy ku twarzy, jakby chc±c przytłumić jaskrawy blask ogniska, patrzyła nieruchomo w tę stronę, z której przychodzili. Chłopcy przystanęli zadyszani, jakby chc±c wyrozumieć wzrokiem, kogo maj± przed sob±. - Widzę człowieka - szepn±ł Jacek - kto to może być? - Może to kto¶, co zastawia na nas pułapkę - rzekł cicho Placek - b±dĽmy ostrożni... Wtem od ognia przypłyn±ł do nich głos. Brzmiał tak ciepło, jakby się nagrzał w gor±cej czerwieni ogniska. Głos zapytał: - Czy to ty nadchodzisz, mój synu? - To jaka¶ kobieta! - rzekł pewnym głosem Jacek. - ChodĽmy ku niej. Placek jednakże, usłyszawszy ten głos, zmartwiał i nie ruszał się z miejsca wlepiwszy oczy w mówi±c± kobietę. - Czemu stoisz jak słup? - zapytał Jacek. - Jacku - mówił cicho Placek - to dziwne... - Co dziwnego? - Przypatrz się dobrze, bo mnie się zdawało, kiedy usłyszałem ten głos... - Co ci się zdawało? - Że to przemówiła... że to przemówiła... nasza matka... - To nie może być! - Nie wiem, ale ten głos... kiedy powiedziała: "czy to ty nadchodzisz, mój synu?…" Jacek spojrzał pilnie ostrym wzrokiem i niedowierzaj±co pokręcił głow±. - To nie może być nasza matka, bo i sk±d by się tu wzięła? - Ale ten głos!... - Łudzi cię tylko głos. To jednak z pewno¶ci± nie jest nasza matka. - Sk±d masz tę pewno¶ć? - A st±d, że nasza matka zapytałaby: czy to wy nadchodzicie, synowie moi - a ta czeka na jednego tylko. - Tak, tak, to prawda. Nas jest dwóch... Ale zbliżajmy się ostrożnie. - Kogóż się boisz, kobiety? - Nie boję się, ale mi jest jako¶ dziwnie... Kobieta u ogniska powtórzyła tęsknym, pełnym drżenia głosem: - Czy to ty nadchodzisz, mój synu? Oni zbliżyli się ku niej niepewnie, baczni na wszystko, takie już bowiem widzieli rzeczy dziwne i czarodziejskie, że nie dowierzali nikomu. - Ach, to nie jest mój syn! - westchnęła kobieta. Była stara, zwiędła, siwa i biedna. Nie wiadomo, jaki kolor miała jej twarz, bardzo pomarszczona, gdyż ogień malował j± mocnym rumieńcem, który dziwnie wygl±dał wobec siwych. włosów. W zgrzybiałej tej postaci jedno było młode i żywe: jej oczy. Spojrzenie miała jastrzębie, mocne i przenikliwe, jakby w oczach mieszkała jej dusza i jakby w nich całe skupiło się życie; zdawać się mogło, że nic innego ta kobieta nie czyni, tylko wci±ż patrzy i wci±ż czego¶ wygl±da, tak że oczy jej zaprawiły się w patrzeniu przenikliwym i dotkliwym. Przygasły one, kiedy ujrzały, że to nie ten oczekiwany się zjawił, lecz jacy¶ nieznajomi, dziwnie wygl±daj±cy chłopcy: oberwani, umazani błotem, zastrachani i zmęczeni. Kobieta zapytała łagodnym głosem: - Kto wy jeste¶cie, moje dzieci? Jacek tr±cił nieznacznie Placka łokciem, a ten, żało¶liw± -przybrawszy minę, rzekł: - Jeste¶my biedne sieroty, co nie maj± ani ojca, ani matki. - A dok±d d±życie przez ten straszny kraj? - Sami nie wiemy, w ¶wiat... - O, biedne sierotki! A cóż wy my¶licie znaleĽć na dalekim ¶wiecie? - Pragniemy znaleĽć jak±¶ pracę! - zełgał Jacek. - Ale nigdzie znaleĽć jej nie możemy - dodał Placek. Kobieta zamy¶liła się, potem rzekła: - Po co macie szukać tak daleko, znajdziecie pracę u mnie. Sama jestem bardzo biedna, ale jako¶ wyżyjemy. - A cóż my tu będziemy robić? - To co ja, dzieci drogie. Będziemy palić ogień. - Palić ogień? Po co się on pali? - O, dzieci! Ten ogień was zbawił! Dookoła s± bagna i straszliwe trzęsawiska, a na to suche wzgórze prowadzi jedna jedyna ¶cieżka, na któr± trafili¶cie szczę¶liwie, bo mój ogień pokazał wam drogę. Jest to ¶więty i dobroczynny ogień, który palę dla mojego syna. - A kiedy on wróci? - Nie wiem. Odszedł szukać dla mnie pożywienia przed dziesięciu laty, kiedy był wielki głód i niczym nie mogli¶my się pożywić. Biedactwo: małe było i słabe. Poszedł i od dziesięciu lat wygl±dam go we dnie, a w nocy rozpalam ogień i podtrzymuję go aż do ¶witu, aby mój synaczek nie zbł±dził. - I długo zamierzasz to czynić? - Aż do dnia mojej ¶mierci. Kiedy za¶ nie będę mogła nakarmić ognia drzewem, kiedy nie będę mogła przywlec i rzucić go w ognisko, wtedy sama rzucę się w ogień, aby go podtrzymać jeszcze przez chwilę, bo może wła¶nie wtedy syn mój będzie wracał do mnie przez trzęsawiska. - A je¶li on już nie wróci? Kobieta spojrzała z rozpacz±. - Jak to być może, aby dziecko nie wróciło do swojej matki? Chłopcy odwrócili oczy. - Wróci - mówiła kobieta - choćby był na końcu ¶wiata. - A czemuż nie powraca tak długo? - Nie wiem; może go król wzi±ł na żołnierza albo może jęczy w niewoli u zbójców? - A je¶li zgin±ł? - O, nie! - zawołała kobieta. - Moje dziecko żyje! - Sk±d wiesz o tym? - Bo gdyby umarł, to moje serce dałoby mi o tym znać, a zaraz potem by pękło. Mój syn żyje! Dlatego nie przestanę rozpalać ognia aż do ostatniego tchnienia. - Straszna to jest praca! - Nie ma takiej pracy, której by matka nie dokonała dla swojego dziecka. Chłopcy po raz drugi nakryli powiekami oczy, aby przy blasku ognia nie dojrzała w nich fałszu. - Palę ten ogień - mówiła kobieta - dla niego, palę i dla innych. Wielu zabł±kanych ogień ten uratował, wielu ton±cych i grzęzn±cych w bagnie wyprowadził na to bezpieczne wzgórze. My¶lę, że za to Pan Bóg pomoże powrócić mojemu synowi i wskaże mu drogę. Strasznie, strasznie już jestem zmęczona. Od lat dziesięciu nie zaznałam snu w nocy, a we dnie wci±ż się budzę, bo mi się zdaje, że słyszę wołanie. A to tylko na tych trzęsawiskach co¶ woła. - I my słyszeli¶my dziwne głosy. Co to tak woła? - Nie wiem. Może to woła zły duch, aby zbł±kanych sprowadzić ze ¶cieżki, albo może to płacz± ci, co się tu potopili. - A czy jest st±d inna droga? - We dnie można przej¶ć na zachód. - A co jest na zachodzie? - Powiadali kiedy¶ ludzie, że jest tam wielkie miasto. Bardzo to st±d daleko i długo by trzeba wędrować, dlatego zostańcie u mnie. Drzewa tu jest do¶ć, więc będziemy palić wieczysty ogień i będziemy czekać na mojego syna. Pomóżcie mi, dzieci ukochane, och, pomóżcie! Lękam się wci±ż, czy ogień nie jest zbyt słaby, lecz już więcej nie mogę przywlec gałęzi, własne serce cisnęłabym do ogniska, aby zaja¶niało większym blaskiem, lecz jedno tylko mam serce, które musi żyć i być gotowe na przyjęcie mego dziecka. Czy mi pomożecie? - Oczywi¶cie! - rzekł niepewnie Jacek. - Niech wam Bóg zapłaci! Szkoda, że nie macie już matki, boby się uradowała swoimi dziećmi. Pozwólcie, że was ucałuję! Wzięła w swoje spracowane ręce głowę Jacka i ucałowała j± serdecznie, po czym to samo uczyniła z Plackiem, który poczuł na swojej twarzy co¶ ciepłego. Była to gor±ca łza tej kobiety. Placek zadrżał i poczuł w sercu jak±¶ nieznan± rzewno¶ć. Ockn±ł się jednak szybko i spojrzał pilnie na Jacka, badaj±c, czy on tego nie dojrzał. Jacek jednak nie mógł tego widzieć, gdyż odwrócił głowę i patrzył gdzie¶ w ciemno¶ć. Co¶ się i z nim jednak musiało dziać, gdyż głowę wtulił w barki i czasem drżał całym ciałem. A kobieta mówiła: - IdĽcie odpocz±ć, moje drogie dzieci, a ja będę czuwała. Jutro za¶ uradzimy, co mamy pocz±ć, i na noc jutrzejsz± taki we troje rozpalimy ogień, aby go było widać na sto mil. - Gdzie mamy spocz±ć? - W tej chacie pod drzewem: znajdziecie tam chleb, wodę i posłanie. O brzasku ja powrócę, aby odpocz±ć, a wy stańcie na szczycie i patrzcie daleko, dookoła, a gdyby¶cie ujrzeli gdziekolwiek człowieka, wołajcie i zbudĽcie mnie. Usłyszę was nawet wtedy, gdybym umarła. Chłopcy odeszli, powoli st±paj±c przez czerwony kr±g. Nie rzekli do siebie ani słowa, nawet wtedy, kiedy znaleĽli się w biedniutkiej chacie. Co¶ się w nich działo, ale nie wiedzieli co; co¶ im ci±gle szemrało w sercach, ale nie rozumieli tych głosów. Widzieli przez maleńkie szybki okna, jak stara kobieta wlecze z wysiłkiem wielkie gałęzie i karmi nimi ognisko, buzuj±ce i krwawe, potem znowu oczy w dal wytęża, przesłania je ręk± i patrzy, patrzy, patrzy... Rumiany brzask spływał ze wzgórza i jak zaróżowiona woda lał się po jego stokach, aż ku granicy bagnisk, na których buczały dziwaczne głosy i słychać było wci±ż postękiwania i zawodzenia. Czasem dalekie ozwało się wołanie; może to wołał wodny ptak, może zwierz jaki, zapadaj±cy się w bagno, prawie ludzkim głosem wołał pomocy. Wtedy kobieta drż±c wołała: - Czy to ty nadchodzisz, mój synu? Nikt jednak nie nadchodził. Wtedy mdlało w niej serce i ogień, jakby zawiedziony, przygasał i chwiał się żało¶nie, jakby czuj±c, że tej nocy trawił się na próżno, sercem na próżno gorzał i na próżno krwawym rozbłyskiem czerwonego oka patrzył w noc i mrok. Po chwili jednak chwytał nowe przez staruszkę przyniesione drzewo, żywił nim moc przygasł± i znowu gorzał, jak człowiek, w którym duch zamarł na chwilę, żywi się nadziej± i blaskiem na nowo rozbły¶niętych oczu wygl±da cudu. Kiedy za¶ pocz±ł szarzeć ¶wit, zacz±ł ogień umierać powali i układać się na popielisku szarym i beznadziejnym; serce tej kobiety gasło też jak jej nieumęczony ogień, oczy, ¶miertelnie znużone, zaledwie tliły się spojrzeniem, a na jej twarzy, też szarej i nagle spopielałej, zjawiała się bole¶ć zawodu. Wtedy pocieszała się cichym szeptem nadziei: - Słońce jest ja¶niejsze niż moje ognisko. Patrzyła potem, czy na wysokiej żerdzi widnieje czerwona chusta, z daleka widna, we dnie wskazuj±ca drogę, i szła ciężkim krokiem do chaty na sen pełen pfzywidzeń. Kiedy się chłopcy obudzili, ujrzeli j± ¶pi±c±. Miała na bladych ustach lekki u¶miech. Pewnie się jej ¶niło, że syn powraca ¶cieżk± w¶ród bagnistej topieli, wpatrzony w matczyn± czerwon± chustę, któr± wiatr rado¶nie łopoce. Oni wyszli z chaty i przez chwilę patrzyli ciekawie dookoła. Smutno tu było i pusto. Ogień przygasł, wobec słońca mizerny, nad bagniskami wałęsała się mgła; cicho było i spokojnie. - Strasznie tu jest - szepn±ł Jacek. - Smutno bardzo - rzekł Placek. - Czy zostaniemy tu? - O, nie! Pójdziemy na zachód... Tam jest miasto... - Żal mi tej kobiety... - rzekł nie¶miało Jacek. Placek spojrzał na niego z podziwem i szepn±ł z trudem: - Dziwna rzecz: i mnie jej żal... Ale co my tu będziemy robili? - Czy my¶lisz, że syn jej powróci? - Chciałbym, żeby powrócił... Ale ¶pieszmy się, idziemy na zachód. Patrz, tam biegnie ¶cieżka! - Dobrze, ale chciałbym ci co¶ powiedzieć... Nie będziesz się ¶miał? - Tu jest tak smutno, że nie można się ¶miać. - Tym lepiej... Oto wiesz co, zanim odejdziemy... - Mów ¶miało! - Zanim odejdziemy, chciałbym tej kobiecie pomóc. Placek spojrzał na niego z nagłym zdumieniem. - I ja - rzekł nie¶miało - miałem tę sam± my¶l. Ale jak jej pomóc? - My¶lałem o tym... Przygotujemy jej drew na ognisko. Placek skin±ł głow± zaznaniem. - ¦pieszmy się! - rzekł. Nie wiedzieli sami, dlaczego zbieranie gałęzi i wleczenie wielkich konarów szło im łatwo i szybko. U¶miechali się, jakby czynili jak±¶ psotę, i radowali na my¶l, jak się kobiecina zdziwi, ujrzawszy stos drew, nie minęła bowiem godzina, a oni zwlekli chyba pół lasu; ułożyli drwa porz±dnie, ciężkie najbliżej ogniska, opodal lekkie gałęzie. Obejrzeli swoje dzieło z zadowoleniem, po czym u¶miechnięci spojrzeli na chatę, w której spała staruszka. Zaczęli schodzić w±sk± ¶cieżk±, wij±c± się w¶ród bagien, bardzo zadowoleni. Kiedy już uszli kawał drogi, Jacek rzekł nagle: - Słuchaj no, Placek, ale to, co¶my zrobili, to nie była praca? - Oczywi¶cie - za¶miał się Placek - to był figiel. Pomy¶l sobie, jak się kobiecina zdumieje! - Tak, chciałbym to widzieć... ¦mieszna to była kobieta! Ale dlaczego ona nas pocałowała? - Nie wiem - odrzekł Placek zamy¶lony. - I ja tego nie mogę zrozumieć... - Ja my¶lę, że kobiety czyni± to dla swojej przyjemno¶ci. Ta kobieta jednak bardzo mi się podobała, bo nie zrobiła nam najmniejszej krzywdy. - Ale chciała nas zatrzymać, aby¶my pracowali! - Dlatego¶my odeszli. A za to, że nas nakarmiła, nazbierali¶my jej drzewa. - O, nie! - zawołał Jacek. - Ja nie dlatego to uczyniłem. - A ja my¶lałem... - W takim razie my¶lałe¶ jak Patałłach. Ja to zrobiłem dla nas. - Dla nas? A cóż nam z tego drzewa? - Bardzo wiele! Pomy¶l, że idziemy przez bagna, a nie wiemy, jak długo trzeba będzie przez nie wędrować, więc je¶li nas noc zaskoczy, będzie nam jasno, bo ognisko dzisiaj będzie tak wspaniałe jak nigdy. - Nie pomy¶lałem o tym... - Tak, a my¶lałe¶, że to uczyniłem z wielkiej miło¶ci do tej kobiety. Cha! Cha! Nie doczekali tej nocy na bagnach, gdyż około południa weszli już na such± ziemię. Przeszli las, który tak obrzeżał trzęsawiska jak rzęsy oko, i zaczęli wędrować wesołym krajem, pełnym zieleni i przyjaznych głosów. Spotykali coraz czę¶ciej ludzi, których chcieli rozpylać o drogę do wielkiego miasta, jednak nic o nim nie słyszeli, inni tak byli zajęci ciężk± prac±, wielkie krople potu z siebie s±cz±c, że nie chcieli rozmawiać z dwoma obdartusami. Byli i tacy, co ujrzawszy dwóch dziwnych chłopaków, tak nakrapianych na gębie, jakby im kto tuż przy twarzach wystrzelił z pistoletu, tak że nie spalone ziarnka prochu upstrzyły im skórę, uciekali ze strachem, nie mog±c sobie wyobrazić, aby bez czarów ludzkie istoty mogły być tak bardzo do siebie podobne. - Co to jest - mówił do Placka strapiony Jacek - czy wszędzie na całym ¶wiecie ludzie tylko pracuj±? - Tak jako¶ wygl±da - mówił Placek. - S± to, widać, sami obł±kańcy. I ludzie, i zwierzęta... A cóż to czyni ten człowiek? Patrzyli z podziwem, jak ogromny, ciężki, z sękatymi ramionami chłop odbywał dziwn± wędrówkę z dolinki na wzgórze; stali długo, ukryci w krzakach, on za¶ niezmordowanie odbywał dług± drogę nios±c zawsze co¶ w rękach. Kiedy się zbliżyli zaciekawieni, chłop przystan±ł, otarł pot z czoła i patrzył na nich z u¶miechem jasnymi, niebieskimi oczyma. - Witajcie - rzekł wesoło - czy jeste¶cie zdrowi? - Owszem, bardzo zdrowi! - odrzekli zdumieni t± mił± troskliwo¶ci±. - No to chwała Bogu - mówił spracowany chłop - bo byłbym niepocieszony, gdyby wam cokolwiek dolegało. - Dlaczego? Przecie nas nie znasz. - Pewnie, że nie znam, ale się zawsze smucę, je¶li komukolwiek jest Ľle na ¶wiecie. Wszystkim ludziom powinno być dobrze i wszyscy powinni być szczę¶liwi. O, jakże się cieszę! - A ty jeste¶ szczę¶liwy? - Ja jestem najszczę¶liwszy. - Jak możesz tak mówić, kiedy jeste¶ obdarty i spełniasz jak±¶ dziwn± pracę? - Cha! cha! - za¶miał się chłop wielkim, szerokim i szczerym ¶miechem - to jest praca ciężka, ale wcale nie dziwna. - A cóż ty robisz? - Noszę w gar¶ciach ziemię! To bardzo przyjemna robota. - A po cóż ty nosisz ziemię? Przecież wszędzie jest jej takie mnóstwo, że możesz jej mieć, ile tylko zechcesz! Chłop za¶miał się jeszcze weselej. - Ziemi jest dużo - rzekł - ale to nie jest moja ziemia, tylko królewska. Król tu wprawdzie nigdy nie był i pewnie nawet nie wie o tym, że to jego. Nie wiem, na co mu tyle ziemi, bo nikt na niej nie orze ani nie sieje. A ja dostałem w dziedzictwie pust± skałę, na której nic nie ro¶nie. Nikt tego nie chciał brać, więc mnie to dali. Poszedłem do królewskiego rz±dcy i powiedziałem mu, że zginę z głodu, a on za¶miał się i powiada: "WeĽ sobie z królewskiej ziemi, ile tylko potrafisz w gar¶ciach przenie¶ć na swoj± skałę". Dobrze! - rzekłem - i jak widzicie, noszę tę ziemię i będę miał wielkie pole. - A długo już tak nosisz? - Już dwadzie¶cia lat od ¶witu do nocy, a jak miesięczna noc, to i w nocy. Rz±dca królewski przyjeżdżał tu przed niedawnym czasem, bardzo się dziwił, kręcił głow± i powiedział, że on żartował tylko, ale widzi, że chłop toby sobie ziemię przyniósł nawet z piekła. - To ty przeniesiesz aż tyle ziemi? - Cha! cha! - za¶miał się chłop. - Czemu się ¶miejesz? - Ja się ¶mieję, bo ten rz±dca to będzie jeszcze płakał, że zrobił taki żart. Jeszcze ze dwadzie¶cia lat, a ja będę miał wspaniał± rolę, a król będzie miał skałę. - A jeżeli umrzesz, to się nie będziesz bardzo cieszył? - Dlaczego by nie? Nie ja będę używał roli, to będzie jej używał mój syn. - A syna masz? - Nie mam jeszcze, bo ziemi za mało, ale za jakie pięć lat to już będzie można wyżywić ze trzy gęby. To dobra ziemia. - A co będzie, je¶li ci królewski rz±dca odbierze swoj± ziemię? Chłop spojrzał na nich ze zdumieniem. - Jak mi może odebrać, kiedy to moja praca? Moja praca i moje prawo. To już jest moje na wieki wieków. Musiałby mnie przedtem zabić. - A czy ten rz±dca mieszka w wielkim mie¶cie? - Tak! To niedaleko st±d. - Nareszcie! - zawołał Jacek. - To wy aż tam wędrujecie? - Tak, do tego miasta. Znasz drogę? - Sam tam nigdy nie byłem, ale trafić tobym trafił. - Powiadasz, że to niedaleko. Będzie miła? - Mila to będzie. - A może dwie? - Dwie, powiadacie?... Może być, że i dwie. - A nam mówili, że dziesięć - rzekł chytrze Placek. - Dziesięć? Tak mi się co¶ widzi, że będzie dziesięć mil. - A może sto? - Przysięgać tobym nie przysięgał, ale co¶ mi się tak zdaje, że będzie ze sto z okładem. - To trzeba długo i¶ć? - Ej, nie bardzo. - Ze dwa dni? - Za dwa dni zajdzie. - A może za miesi±c? - Można i za miesi±c. - To jaka¶ dziwna droga! - rzekł Jacek. - Nie bardzo - odrzekł chłop - ale długa. - A jak trzeba i¶ć? - Prosto jak strzelił, a potem na lewo. - A kiedy trzeba i¶ć na lewo? - Skręcicie tam, gdzie zawsze pas± się barany. - A jeżeli nie będzie baranów? - To ich trzeba poszukać, bo od baranów idzie się na lewo. - A jeżeli ich nie znajdziemy? - To już nie wiem jak. Jakby były barany, tobym wiedział. Nagle Jacek, który przypadkiem spojrzał przed siebie, wykrzykn±ł: - Co tam widać? - A to wła¶nie to wielkie miasto! - odrzekł chłop. - Czemu¶ tego od razu nie powiedział? - A bo pytali¶cie o drogę! Ale kiedy widać miasto, to już pewnie traficie. - Z pewno¶ci±! ChodĽ, Placek! - Niech was Bóg prowadzi. - Do widzenia! - A b±dĽcie zdrowi - wołał za nimi chłop. - Zamartwiłbym się, gdyby wam się przygodziło co złego. I za¶miał się bardzo serdecznie.
O DWÓCH TAKICH.CO UKRADLI KSIĘŻYC K.Makuszyński • Książka ☝ Darmowa dostawa z Allegro Smart! • Najwięcej ofert w jednym miejscu • Radość zakupów ⭐ 100% bezpieczeństwa dla każdej transakcji • Kup Teraz! • Oferta 12327788736Dramat Jarosława Kaczyńskiego. Brali go za dziewczynkę! 12 listopada 1962 r. odbyła się premiera filmu „O dwóch takich, co ukradli księżyc”, adaptacji znanej powieści fantastycznej Kornela Makuszyńskiego. Obraz był kinowym przebojem, a z odtwarzających główne role Jacka i Placka braci Kaczyńskich zrobił gwiazdy, za którymi rówieśnicy nie przepadali na podwórku, bo zazdrościli im się sławy. Jarosław Kaczyński długo się bał, że ten film to szczyt jego dorobku życiowego, że już więcej w życiu nie zdziała... Zdradził też, że do roli bracia musieli nosić długie włosy i przez to brano ich... za dziewczynki! „Kiedyś na strzelnicy w Łodzi jeden chłopiec wyśmiewał innego, że nie wyciska na siłomierzu więcej niż dziewczyna – czyli ja” - wspominał w wywiadzie-rzece „O dwóch takich... Alfabet braci Kaczyńskich”. Z kolei Lech Kaczyński, co może zaskakiwać, właśnie za sprawą tego filmu postanowił zostać politykiem! Bliźniacy Jacek i Placek niemal od dnia urodzin dają się we znaki mieszkańcom Zapiecka. Ich skłonność do robienia złośliwych żartów nie idzie jednak w parze z pracowitością: chłopcom marzy się wygodne życie. Żeby je sobie zapewnić, postanawiają ukraść księżyc, by potem sprzedać go z zyskiem. Zdeterminowani w osiągnięciu celu, przekonani o swojej bezkarności Przedstawienia w Teatrze Rampa stawiajÄ… bardzo wysoko poprzeczkÄ™ pozostaĹ‚ym teatralnym produkcjom dla dzieci i mĹ‚odzieĹĽy. SÄ… dopracowane w kaĹĽdym calu. JeĹ›li do adaptacji powieĹ›ci, czy scenariusza bierze siÄ™ pan Cezary DomagaĹ‚a, to moĹĽna spodziewać siÄ™ kolejnego fantastycznego wydarzenia. Tak teĹĽ jest i w tym przypadku. „O dwĂłch takich..." ma wszystko czego potrzeba przedstawieniu dla dzieci: wartkÄ… akcjÄ™, wesoĹ‚ych bohaterĂłw, wpadajÄ…cÄ… w ucho muzykÄ™ oraz scenografiÄ™, ktĂłra dopeĹ‚nia caĹ‚oĹ›ci a nie odwraca uwagi. Nawet program teatralny w postaci piÄ™knie wydanego folderu z dołączonÄ… pĹ‚ytÄ… z piosenkami przestaĹ‚ być niepotrzebnym gadĹĽetem, na ktĂłry nie warto wydać nawet zĹ‚otĂłwki.  Czy wiecie, ĹĽe Teatr Rampa z sukcesem przygotowuje przedstawienia dla dzieci i mĹ‚odzieĹĽy juĹĽ od 15 lat? Premiera „O dwĂłch takich..." w Teatrze Rampa odbyĹ‚a siÄ™ w MiÄ™dzynarodowym Dniu Teatru 27 marca 2015 roku. Kiedy tylko nadarzyĹ‚a siÄ™ okazja kupienia biletĂłw skorzystaĹ‚am z niej i moje dzieci po raz kolejny mogĹ‚y uczestniczyć w przygodach teatralnych bohaterĂłw.  Kornel MakuszyĹ„ski mawiaĹ‚, ĹĽe „nie ma ludzi zĹ‚ych, sÄ… tylko nieszczęśliwi" i tacy sÄ… bohaterowie jego bajek. ZmieniajÄ… siÄ™ pod wpĹ‚ywem przyjaĹşni i miĹ‚oĹ›ci, pokonujÄ… trudnoĹ›ci i wychodzÄ… caĹ‚o z opresji. „Panna z mokrÄ… gĹ‚owÄ…", O dwĂłch takich, co ukradli księżyc", „Awantura o BasiÄ™", „SzaleĹ„stwa panny Ewy" „Przyjaciel WesoĹ‚ego DiabĹ‚a" to cudowna kraina „uĹ›miechniÄ™tych ksiÄ…ĹĽek". SÄ… piÄ™kne, mÄ…dre, peĹ‚ne uniwersalnych wartoĹ›ci ale napisane wiele lat temu stawiajÄ… wysokie wymagania współczesnym twĂłrcom przedstawieĹ„ i filmĂłw. Jak bowiem dostosować powieść do współczesnych realiĂłw, ĹĽeby nie zniechÄ™cić tak wymagajÄ…cej publicznoĹ›ci jak dzieci i mĹ‚odzieĹĽ, a jednoczeĹ›nie, ĹĽeby nie zatracić charakteru oryginaĹ‚u.  Na te pytanie znajÄ… odpowiedĹş Cezary DomagaĹ‚a wraz z kompozytorem Tomaszem Bajerskim. Stworzyli muzyczny spektakl familijny o przygodach niesfornych, a nawet zĹ‚oĹ›liwych bliĹşniakĂłw z „miasteczka o skromnej nazwie Zapiecek", ktĂłrzy opuĹ›cili rodzinne strony w poszukiwaniu bogactwa i szczęścia niezwiÄ…zanego jednak z ĹĽadnÄ… uczciwÄ… pracÄ…. Przedstawienie bawi i uczy pokazujÄ…c, co w ĹĽyciu tak naprawdÄ™ jest waĹĽne. PĂłjĹ›cie na skrĂłty nie przynosi pokĹ‚adanych nadzieli, bycie dobrym i szlachetnym czĹ‚owiekiem, choć nie zawsze jest modne, to w efekcie zawsze jest w cenie.  W bajkach, kiedy zejdzie siÄ™ z wĹ‚aĹ›ciwej Ĺ›cieĹĽki, los daje drugÄ… szansÄ™ by na niÄ… wrĂłcić. I jak siÄ™ nad tym zastanowić to czy w ĹĽyciu nie jest podobnie? Tylko czy zawsze tÄ™ szansÄ™ potrafimy dostrzec i wykorzystać.  Przedstawienie okraszone zostaĹ‚o 23 mÄ…drymi i zabawnymi piosenkami, z ktĂłrych na pewno dumny byĹ‚by pan MakuszyĹ„ski. Moje dzieci nucÄ… je do dziĹ›.  Polecam gorÄ…co! Prawda i serce. Prawda i serce – szesnasty singel zespołu Lady Pank. Singel ten promował album studyjny Łowcy głów. Muzyka została skomponowana przez Jana Borysewicza, a autorem tekstu jest Jacek Skubikowski. Nagranie powstało w marcu 1998 roku. Do utworu nakręcono również teledysk w USA .
79 3 6 10 czerwca @Agnieszkaantos 🙂 🙂 🙂 Zapraszam wszystkich chętnych 🙂 śpiewamy po dwa wersy 🙂 @greegu masz tu petardke od Braciszka ❤ 🙂 😘 ❤ PIONA Mordeczko 🙂 ❤ 18 komentarzy anilorak2 Plus Zaśpiewaliście to z taką pewnością i przekonaniem, że nie śmiałabym dotknąć owego kawałka podłogi bo wasz on waść Pany 😁 +1 Odpowiedz Ocena 6/6 w czerwcu madmateusz Plus @anilorak2 Toc Nasz ten kawalek podlogi nie mozna ruszac 😃 😛 HiHi 😃 DziekujeMy Karolino 😃 🙂 ❤ Odpowiedz w czerwcu greegu Plus @demox dziękujemy Moniu ❤❤❤ no z tym gadaniem to masz rację 😂 ale i tak to lubię😂❤ +1 Odpowiedz w czerwcu madmateusz Plus @demox Grzes Monia zareagowal usmiechem ladnym jak do niego gadalem 😃 😛 Dzieki Kochana ❤ 😘 😘 ❤ Odpowiedz w czerwcu madmateusz Plus @aleksandra66666 A my Olenka tylko po kawalku tej podlogi maMy 😃 😛 ❤ DziekujeMy ❤ ❤ Odpowiedz w czerwcu greegu Plus Dzięki Mateo za dogryweczke 🙂 no jakoś w piątki zawsze coś pośpiewamy 😁❤😁 piona 😁 +1 Odpowiedz Ocena 6/6 w czerwcu Brak komentarzy
Dla Dwóch Takich Co Ukradli Serce: Z psem na smyczy to nie bardzo, ale z alpaką i owszem. Choć myślę, że to sympatia jaką Wojciech
Kiedyś niepełnosprawni byli przywiązywani do grzejników lub siedzieli z dziesięcioma tetrowymi pieluchami między nogami. Dziś porywają serca innych, całkowicie oddając swoje. Poznaj wspólnotę nieziemsko pięknych ludzi. Wstajemy z kanapy to nasz nowy projekt, który jest odpowiedzią na wezwanie, jakie papież Franciszek skierował do nas wszystkich w trakcie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Będziemy cyklicznie pokazywać ludzi, miejsca, wspólnoty, fundacje i organizacje charytatywne, które w przeróżny sposób pomagają wykluczonym. Będziemy pisać o przestrzeniach, w których każdy z nas będzie mógł się konkretnie zaangażować w dzieło miłosierdzia. W poniedziałkowy wieczór w kaplicy u krakowskich dominikanów odprawiana jest niezwykła msza. Gdy ktoś niewtajemniczony przechodzi obok i słyszy głośny śpiew wymieszany z wybuchami śmiechu i krzykami, może się zdziwić. Ale tak musi być. W czasie śpiewu "Panie, zmiłuj się" wszyscy, w geście żalu, całują krzyż. Gdy ktoś nie jest w stanie tego zrobić, wtedy człowiek stojący najbliżej delikatnie przykłada krzyż do twarzy tej osoby, by mogła chociaż dotknąć go policzkiem. Gdy zaczynają się czytania, towarzyszy im gest otwartej dłoni przyłożonej do ucha. To przypomnienie, że w tym momencie należy słuchać i zachować szczególną uwagę. To chyba jedyna msza, w której gesty są tak samo ważne jak Słowo. Msza święta jest bardzo ważną częścią "Łanowej" (fot. Przez cały czas jest głośno. W zwykłym kościele na mszy przeszkadza maksymalnie kilka osób - zwykle małych dzieci. W czasie tej mszy przeszkadza przynajmniej połowa obecnych i to w dodatku dorosłych. Ksiądz, któremu brakuje cierpliwości, mógłby szybko się zniechęcić. Po mszy z kaplicy wyjeżdża kilkanaście wózków inwalidzkich. Są tacy, którzy wychodzą sami. Jedni uśmiechnięci - rozmawiają, inni myślami wydają się być gdzieś indziej. Każdy z nich ma obok przyjaciela, kogoś, kto prowadzi wózek lub trzyma za rękę. To ich "ziemscy" aniołowie stróżowie - są dla nich jak ojcowie i matki, bracia i siostry - wszyscy ci, których bardzo chcieliby mieć, a nie mają. Spędzają ze sobą godzinę, szczęśliwi i pełni optymizmu. Niektórzy ani na chwilę nie przestają żartować i płatać innym figle. Wystarczy na moment się zamyślić, a ktoś na pewno to wykorzysta. W najmniej spodziewanym momencie podejdzie od tyłu i wbijając palce wskazujące w plecy na wysokości żeber krzyknie: "On ma łaskotki". Wśród tych ludzi naprawdę można zapomnieć o problemach, które zostają dosłownie "za drzwiami". I tak jest już od 25 lat. Jedno z poniedziałkowych spotkań (fot. "Dla dwóch takich Wojtków, co ukradli serce" Zaczęło się od wykładu Jeana Vaniera i rekolekcji dla rodzin i przyjaciół osób niepełnosprawnych. Założyciel wspólnoty L’Arche przyleciał do Polski, by zmienić podejście pracowników domów opieki społecznej do osób z niepełnosprawnością intelektualną. Aby jednak mogło się to stać, konieczne było zorganizowanie grup wolontariuszy, którzy zastąpiliby pracowników DPS-ów w czasie ich spotkania z kanadyjskim działaczem. Wśród nich była Anna Paruch, młoda dziewczyna, która trafiła do krakowskiego DPS-u przy ulicy Łanowej. To, co tam zastała, przytłaczało. - W latach dziewięćdziesiątych widok ludzi przywiązanych do grzejników lub siedzących z dziesięcioma tetrowymi pieluchami między nogami był częścią DPS-owej codzienności - wyznaje. Dlatego na początku nie chciała tam wracać - widok, jaki zobaczyła w środku, i zapach unoszący się w powietrzu nie były niczym przyjemnym. Ale poczucie, że jest tam potrzebna, zwyciężyło nad pokusą odpuszczenia sobie. Ania dzięki wizytom w domu przy Łanowej poznała zamkniętego w sobie chłopca. Nie potrafił bawić się z innymi dziećmi, nie mówił, a jednym pokarmem, jaki przyjmował, były zmielone papki. Miał na imię Wojtek. W głowie Ani szybko zrodził się pomysł, by zabrać go do domu na Boże Narodzenie. Zrealizowała swój pomysł, mimo że wiele osób próbowało jej wybić go z głowy. Wojtek był przecież "wyjątkowo trudnym chłopcem", miał autyzm i był agresywny. Wojtek pomimo autyzmu szybko zaaklimatyzował się w nowym miejscu. Gdy nadeszła pora powrotu na Łanową, nie chciał tam wracać; nie mógł pogodzić się z kontrastem między domem Ani a rzeczywistością DPS-u. Rozstanie było jedną z najgorszych rzeczy zarówno dla niego, jak i dla Ani. Oboje siedzieli w osobnych pomieszczeniach, płacząc i mając nadzieję, że cierpienie związane z rozstaniem szybko się skończy. Ania postanowiła zapraszać chłopca do domu coraz częściej. Aby nie był sam, zabierała również kilku jego kolegów. Jak sama przyznaje, z jej domu zrobił się "mały hotel". Niestety, Wojtek wciąż nie mówił, przez co nie potrafił się przebić i zawsze był "z boku". Ania wpadła więc na pomysł, by zabierać ze sobą kogoś młodszego od niego, angażując go w ten sposób w pomoc przy opiece nad młodszym chłopcem. I tak starszy Wojtek poznał swojego młodszego brata - też Wojtka; dwaj chłopcy stali się stałymi bywalcami u Ani. Ania ze "starszym" Wojtkiem... (fot. ...oraz mąż Ani - Krzysiek z "młodszym" Wojtkiem (fot. DPS nigdy nie będzie prawdziwym domem Ania wiedziała, że domy opieki społecznej nie są w stanie zapewnić swoim wychowankom odpowiednich warunków rozwoju. Pracujący na etacie opiekunowie, mimo najlepszych chęci, nigdy nie będą rodzicami i nie stworzą więzi, które są w rodzinie. To wspólnota tworzy rodzinę, a jedną z jej ról jest przygotowanie dzieci do przyjęcia sakramentów. Nic dziwnego, że w głowach wolontariuszy pracujących w domu przy Łanowej zrodziła się chęć, by w swoją wolontariacką aktywność wprowadzić pewien nowy, duchowy element. Szmaciane lalki na ołtarzu Gdy Ania na dobre zaangażowała się w wolontariat przy Łanowej, jej kolega Maciek postanowił przygotować swojego podopiecznego do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. Pomysł ten bardzo spodobał się dziewczynie, która zapragnęła, by również Wojtek przyjął Jezusa do serca. Okazało się jednak, że Maciek wstępuje do dominikanów i nie będzie w stanie zrealizować swojego pomysłu. (fot. Ania postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przygotować Wojtka oraz jego kolegów do przyjęcia Eucharystii. Wiedziała, że jeśli ma się to udać, musi nie tylko znaleźć ludzi, którzy będą przez rok towarzyszyć swoim podopiecznym, ale również przygotować cały "program katechetyczny", aby ksiądz się zgodził. Młoda wolontariuszka znowu spotkała się z oporem i próbami powstrzymania jej przed tym, co "nieosiągalne". Mimo to powstała ekipa kilkunastu osób, która na serio zaangażowała się w przygotowanie niepełnosprawnych z Łanowej do przyjęcia sakramentów. "Łanowa" w komplecie (fot. Na pierwszej mszy, gdy kapłan skończył czytać Ewangelię, na ołtarzu pojawiły się "sterowane" przez wolontariuszy szmaciane lalki, które przechadzały się tam i powrotem, wyjaśniając Słowo Boże. Wtedy też pojawiły się charakterystyczne gesty, które do dzisiaj są stałymi elementami mszy ludzi z Łanowej. Ku zdumieniu księdza i wolontariuszy niepełnosprawni zaczęli zaskakiwać. Nagle okazało się, że np. jeden z nich pamięta, o czym było czytanie, podczas gdy wolontariusze nie mieli o tym pojęcia! Przygotowywanie chłopców z Łanowej do przyjęcia pierwszej Komunii było nie tylko towarzyszeniem, ale uczeniem ich, kim jest Bóg. Gdy po dziewięciu miesiącach żmudnej, ale i pełnej radości pracy chłopcy przyjęli do swoich serc Jezusa, okazało się, że Ania i jej znajomi zrobili coś naprawdę wielkiego. Tak zaczęła się historia "Łanowej" - grupy pomagającej osobom niepełnosprawnym. Nieważne czy są na basenie, czy udają strażaków - na "Łanowej" każdy znajduje coś dla siebie (fot. Bliskość z Bogiem i drugim człowiekiem Kuba, który przez dwa lata był "odpowiedzialnym" za grupę, tłumaczy, że najbardziej liczy się w niej bliskość z Bogiem i drugim człowiekiem, nawet jeśli jest to osoba niepełnosprawna intelektualnie. "Jeśli ktoś uważa, że taka relacja jest niemożliwa, to albo nie miał nigdy do czynienia z takimi ludźmi, albo ma złe nastawienie". - To jest inny rodzaj bliskości - mówi. - Owszem, niepełnosprawni mają ograniczenia. Nie ma się co oszukiwać. Pytanie, jak my będziemy je odbierać - jako szansę czy jako przeszkodę. To kwestia nastawienia. Naszym zadaniem jest szukanie czegoś "ponad". Szczęście ma wiele twarzy (fot. Niepełnosprawni żyjący w DPS-ach, także w tym przy Łanowej, to osoby często poranione, które zostały porzucone przez najbliższych albo musiały zostać przez nich oddane w "lepsze ręce". Jeśli ktoś "z zewnątrz" nie przyjdzie do nich i pierwszy nie wyciągnie ręki, zostaną skazani na samotność, a ich życie będzie wegetacją. "Łanowa" powstała właśnie dlatego, by tak się nie stało. Co tydzień pod klasztor dominikanów przyjeżdża bus, który przywozi kilkanaście osób. Na miejscu czekają na nich wolontariusze. Ich postawa to dowód, że poszukiwania tego, co "ponad", są możliwe, mają sens i przynoszą konkretne dobro. W ciągu 25 lat istnienia grupy przewinęły się przez nią dziesiątki osób niepełnosprawnych - głównie chłopców, później również dziewcząt - które dzięki przyjaźni i pomocy innych zrobiły olbrzymie postępy w swoim rozwoju. Obozy budują przyjaźnie (fot. Modlitwa i bycie razem Jak przekroczyć ograniczenia dzielące niepełnosprawnych i wolontariuszy? Okazuje się, że ogromną rolę odgrywa w tym duchowość i wiara. Wystarczy przyjść na poniedziałkową mszę, by przekonać się, jak wielką moc ma modlitwa. Podczas spotkania dokonuje się nieustanna interakcja między podopiecznymi a ich opiekunami. Można powiedzieć, że wolontariusz, który uczestniczy w liturgii, przeżywa ją na dwóch poziomach - osobistym oraz podopiecznego, któremu stara się na różne sposoby pokazać, co w danej chwili się dzieje. To trudna praca, ale przynosi owoce. Jednym z najbardziej zaskakujących momentów w czasie "łanowej mszy" jest przeistoczenie. Często zdarza się, że kiedy kapłan podnosi w górę Ciało i Krew Jezusa, zapada cisza. Poza modlitwą ważne są również inne formy aktywności: poniedziałkowe spotkania po mszy, na których opiekunowie starają się rozwijać manualne zdolności swoich podopiecznych, spacery czy wspólne wyjścia na miasto. Czymś naprawdę wyjątkowym są długo wyczekiwane obozy, o których mówi się prawie bez przerwy. Podopieczni "Łanowej" czekają na nie najbardziej na świecie. Wielu nigdzie by nie wyjeżdżało, gdyby nie grupa. W czasie obozu od rana aż do zaśnięcia wolontariusz - opiekun jest ze swoim podopiecznym. Dostrzega każdą jego potrzebę. Dzieli z nim chwile radości i smutku. W nocy nad podopiecznymi czuwają wyznaczeni opiekunowie. Relacje z obozów owocują prawdziwymi przyjaźniami. Ludzie z Łanowej mówią, że jeśli naprawdę chcesz poznać grupę, koniecznie musisz pojechać na obóz. Bóg zmienia ludzi "Łanowa" jest dowodem, że Pan Bóg działa w Kościele w niespodziewany sposób. Gdy ludziom wydaje się, że gdzieś nie ma już nadziei, nagle okazuje się, że właśnie tam Bóg przygotował coś dobrego, jakiś potencjał, który trzeba tylko odpowiednio wykorzystać. I nawet jeśli dzieje się to wbrew opinii innych, odwaga zostaje prędzej czy później nagrodzona, a zaangażowanie w pomoc innym przynosi owoce. "Łanowa" zmienia nie tylko niepełnosprawnych. Kuba mówi, że gdy przyszedł do grupy, nie wiedział, co ma robić dalej. Szukał odpowiedzi. Grupa pomogła mu odnaleźć więź z Bogiem, poznać przyjaciół i zyskać pewność siebie. Znalazł coś, czego "normalny" świat nie daje. A kim są dziś Wojtki? To adoptowani synowie Ani. Już nie przypominają zamkniętych chłopców sprzed lat. Starszy z nich - ten sam, który kiedyś siedział samotnie w domu przy Łanowej - jest radosny, samodzielny, bije od niego entuzjazm. Opiekuje się również swoim młodszym bratem. Obydwaj doświadczyli miłości bezwarunkowej, bo żyją w kochającej się rodzinie. Ania z mężem i Wojtkami uczestniczy w życiu "Łanowej", podobnie jak dziesiątki wolontariuszy, którzy z radością przychodzą w poniedziałki do dominikanów; tworzą wielką, kochającą się rodzinę. Dwa Wojtki i ich rodzice, czyli cała rodzina w komplecie (fot. archiwum rodzinne Anny Paruch) Jak się zaangażować? Poniżej znajdziesz praktyczne informacje, adresy i linki: Grupa "Łanowa" ul. Stolarska 12 31-043 Kraków e-mail: kontakt@ Strona www i info o różnych możliwościach wsparcia: Fanpage na Facebooku: @lanowa Blog "Dla dwóch takich, co ukradli serce" - na jego łamach Ania dzieli się historią swoją oraz dwóch Wojtków Piotr Kosiarski - redaktor portalu
Kup teraz na Allegro.pl za 14,20 zł - O dwóch takich co ukradli księżyc (14351334632). Allegro.pl - Radość zakupów i bezpieczeństwo dzięki Allegro Protect!